czwartek, 17 listopada 2011

Bum! Bum! Ciąg dalszy :P

Troszkę mi się dopisało do opisu nie-całkiem końca świata, a fragmencik poprawiło, więc wrzucam część wcześniejszą (poprawioną).


   Stare lądy się zmieniły, kontynenty rozdzieliły, a jakby tego było mało, pojawiły się nowe lądy. Oceany zwiększył swoją powierzchnię wielokrotnie i stały się wielce niespokojne. Co więcej, zakłócenia elektromagnetyczne stanowiły tak częste zjawisko i w tylu różnych miejscach, że ludzkość była zmuszona zrezygnować z transportu drogami wodnymi.  Afryka stała się miejscem niemożliwym do zamieszkania, gdyż stała się pustynią skalistą z ogromnymi wahaniami temperaturowymi.  Z Oceanu Spokojnego zniknęła Australia, a w jej miejscu pojawił nowy kontynent. Podobnie na Pacyfiku, choć tam nie miało co znikać. Natomiast Grenlandia…
   Grenlandia straciła całą pokrywę z lodu i śniegu, ukazując dziwaczny teren. Jako, że Kanada i Stany miały najbliżej, to błyskawicznie zmontowano ekipę badawczą i wysłano do zbadania tej – jak to określono – anomalii. Grupa się zebrała ( w sobie też), wkroczyła na nowy teren i…
   No właśnie. Wszyscy doszli do wniosku, że chyba konserwy były nie za świeże i teraz mają omamy wzrokowo-słuchowe od zatrucia pokarmowego. No bo przecież skąd Atlantyda na Grenlandii?! Zresztą, Atlantyda to pikuś – oni używali MAGII! Co więcej, magia bezproblemowo współistniała z techniką, więc nie były niczym dziwnym pojazdy, które nie potrzebowały kierowców, a pasażer siedział w środku i nie odczuwał żadnych normalnych zjawisk fizycznych, jak choćby siła odśrodkowa przy zakrętach. Altantydzi, z pobłażliwymi uśmiechami, zabrali „Ciemnych” jak między sobą nazywali mieszkańców Ziemi, którzy o istnieniu magii nie mieli zielonego pojęcia, do siebie w gościnę, po czym uradzono, że gdy odpoczną, zostaną zaprowadzeni do Starszego, który postara się ich wprowadzić w nową sytuację.

wtorek, 25 października 2011

Poznajemy Leę i Carra

     To, co było wcześniej, to proszę uznać jako wprowadzenie do sytuacji geograficzno-politycznej w moim świecie. Tu macie początek opowiadania ;) Zdecydowanie powinnam mieć częściej nocki, po nich najczęściej mi się pomysły pojawiają ;)

   Już od dwóch godzi szła po śladach krwi. Jeleń nie mógł już być daleko. W zasadzie nie potrzebowała polować poza doliną, gdyż ta była wystarczająco wielka, by pomieścić zarówno tych, co się musieli ukrywać, jak i odpowiednią ilość zwierzyny. Tym bardziej, że Naganiacze zagnali tajnym przejściem kolejne stado danieli, by wyrównać balans w lokalnej faunie. No i każda forma uprzykrzania życia rodowi Calestra, choćby miała się przejawiać w podpierniczaniu ich zwierzyny, radowała każdego mieszkańca tego miejsca.
   Lea poprawiła zjeżdżający jej z bioder pas. „Naprawdę muszę skoczyć odwiedzić Sidriana, żeby mi dopasował. Dopiero by było, gdybym się wyłożyła jak długa uciekając przed Hunterami, tylko dlatego, że mi pas zjechał.”
Nagle zamarła. Zza krzaków, jakieś kilka metrów od niej, rozległ się dziwny szelest, jakby ciągniętego ciała. Dziewczyna bezgłośnie zdjęła kuszę, która dotychczas spoczywała przytwierdzona do jej ramienia. Naciągnęła ją i ostrożnie podeszła do krzaków. Niczego nie zauważyła, więc delikatnie wychyliła się, rozglądając dokładnie. Mało nie dostała zawału, kiedy usłyszała ciche prychnięcie za swoimi plecami.
   - Niall! – warknęła, obracając się przez ramię. – Nigdy więcej tak nie rób!
   Jej kary ogier popatrzył na nią psotnie.
   - Wyczuwasz kogoś?
   Drepcący zabawnie Niall spoważniał. Podniósł łeb i zaczął węszyć. po chwili opuścił głowę i cichutko zarżał.
   - Czyli jest tak? – upewniła się.
   Rzucił łbem.
   - Niebezpieczeństwo?
   Zwierzę zadreptało z pomieszaniem w miejscu. Lea westchnęła. Podniosła rękę i wymamrotała króciutkie zaklęcie.
   - Chodź tu, przyjacielu.
   Kiedy podszedł, przyłożyła swoje czoło do jego i wyszeptała:
   - Pokaż mi. – i zamknęła oczy.
   Zobaczyła całą polanę, którą wcześniej obserwował sporo od niej wyższy Niall. Po swojej lewej stronie dojrzała strumień, dla niej niewidoczny, bo ukryty wśród paproci. A pomiędzy nimi zobaczyła leżące zwłoki.
   Gwałtownie zerwała połączenie.
   - Ktoś oprócz niego tu jest?
   Przeczące parsknięcie.
   Szybko zabezpieczyła kuszę i umocowawszy na plecach, prawie biegiem ruszyła w kierunku leżącego ciała. Zwłoki jednak okazały się ciężko poranionym, ale żyjącym mężczyzną. Zakrwawiona i uszkodzona w wielu miejscach koszula okrywała szerokie bary, a podarte spodnie odsłaniały tu i ówdzie umięśnione nogi. Lea przyklęknęła i delikatnie odsunęła długie włosy z twarzy leżącego. Ten, wyczuwając jej obecność ostatkiem sił usiłował się odsunąć, ale jedynie zdołał przesunąć głowę.
   - Odejdź! – wychrypiał. – Zostaw mnie, bo mnie znajdą.
   - Jak cię tu zostawię, to na pewno cię znajdą. Natychmiast musi cię ktoś opatrzyć. Wypij to – dodała, przykładając mu do ust fiolkę – to wyciąg z korzenia arathu, wzmocni cię.
    Przełknął posłusznie. Po chwili warknął ponownie:
   - Powiedziałem: odejdź! Nie wiesz, kim jestem ani kto mnie szuka. Ani ci nie ufam.
   Dziewczyna dziwnie na niego spojrzała.
   - Sądzisz, że członkini rodu Amarilla nie rozpoznałaby prawowitego następcy Krainy Ashar, Carra?
   Czarne oczy przyszpiliły ją.
   - Ród Amarilla został wymordowany. To samo stało się z rodami Dergar i Delamia.
   - Z Amarillów zostało nas kilkoro. Z rodu Dergar została jedynie Falco. O… Delamii nie słyszałam – zakończyła cicho. Po chwili podniosła głowę. – Codziennie ktoś z nas patroluje te tereny i wyszukuje tych, którzy uciekają przed Bojówkami, by ich ukryć.
   - W tych lasach nie można się ukryć. Prędzej czy później was znajdą.
   Lea uśmiechnęła się lekko.
   - A kto powiedział, że my się w lesie kryjemy?
   Carr otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy z daleka dobiegł chrypliwy dźwięk.
   Lea zerwała się na nogi.
   - To Bojówka! Niall, chodź!
   Ogier podbiegł.
   - Uciekajcie stąd. I tak mnie szukają. – Carr usiłował podnieść się chociaż na czworaki, ale nie był w stanie. Niall położył się przy nim.
   - Nie ma mowy! – I nie bacząc na dalsze protesty, wepchnęła go bezpardonowo na Nialla, po czym usiadła za nim.
   - Niall, do jaskini!
   Ogier wsunął się do strumienia i stąpając jak najostrożniej, by nie mącić dna ruszył w górę biegu.  Kilkaset metrów dalej wyszedł na kamienistą ścieżkę i rzucił się w stronę widniejącego w oddali skalistego zbocza.
   Lea milczała trzymając kurczowo osuwającego się mężczyznę, modląc się w duchu i nasłuchując coraz bardziej przybliżającego się dźwięku pogoni, by zdążyli dojechać, zanim znajdą się w polu Świetlików. Nagle ku swemu przerażeniu usłyszała trzy krótkie dźwięki oznaczające wypuszczenie Świetlików.
   - Niall, szybciej!
   Koń zarżał rozpaczliwie i jeszcze bardziej przyspieszył.
   Przed nimi nagle otworzyła się Gardziel i w pełnym pędzie wpadli do środka jaskini.
  - Rash’eh! – krzyknęła Lea i wejście natychmiast się zamknęło.
   Niall przyklęknął, a Lea i Carr osunęli się bezwładnie na ziemię.

czwartek, 20 października 2011

Łubudu!

Pierwsze zaczęła nawalać łączność satelitarna. NASA i inne agencje kosmiczne, przerażone nie na żarty, natychmiast wstrzymały wszelakie loty na orbitę. Rządy, stojące praktycznie na krawędzi wojny, natychmiast zawiesiły wszelakie kłótnie i  zebrały się w trybie pilnym na naradę. W dużym skrócie można powiedzieć, że udało im się dojść do porozumienia w sprawie badania komety. Ustalono, że w skład zespołu badawczego, każdy kraj wyśle swojego  reprezentanta-specjalistę oraz wspomoże w miarę możliwości technologicznie. Sęk w tym, że jak powszechnie wiadomo, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Po łączności satelitarnej, szlag trafił wszelakiej maści światłowody oraz zanikły fale elektromagnetyczne, więc akcję badawczą odwołano. Zdezorientowani ludzie wylegli na ulice w poszukiwaniu informacji. W niektórych miejscach wybuchały zamieszki, jak również nasiliły się włamania i kradzieże. Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wprowadziły w trybie natychmiastowym stany wyjątkowe. Zdążyli w samą porę, gdyż następne przestały działać telefony. Wszyscy kapłani, którzy wcześniej byli wybitnie niezadowoleni z Końca Świata, teraz wprost promienieli, stercząc praktycznie na każdym rogu. Powłazili na skrzynki, kubły, kontenery na śmieci i co się tylko dało, i ryczeli na całe gardło o piekielnym ogniu, potrzebie kajania się  i karze za grzechy. Siły porządkowe otrzymały pozwolenie na usuwanie w każdy z możliwych sposobów tych krzykaczy, jako że ich wyczyny jeszcze bardziej wzbudzały panikę w już i tak potężnie przerażonych ludziach.  Jakby tego było mało, w elektrowniach pospadało napięcie, więc większość miast spowijały ciemności, bo prąd był kierowany do szpitali i domów opieki, później do więzień i posterunków policji, a cała reszta do ważniejszych budynków publicznych.  

A później nastał Chaos. 

Nawet z perspektywy czasu nikt nie jest w stanie powiedzieć co dokładnie się stało, jako że każdy inaczej to odebrał. Jedni widzieli coś na kształt mgławicy na niebie, inni ciemności, które z trudem rozpraszało światło latarek czy świec. jedyne co stwierdzono z całą stanowczością to to, że świat się zmienił. Po kilku dniach ustąpiły problemy z łącznością czy prądem i odkryto, że trzeba się pobawić i na nowo kreślić mapę świata.
Stare lądy się zmieniły, kontynenty rozdzieliły, a jakby tego było mało, pojawiły się nowe lądy. Oceany zwiększył swoją powierzchnię wielokrotnie. Afryka stała się miejscem niemożliwym do zamieszkania, gdyż stała się pustynią skalistą z ogromnymi wahaniami temperaturowymi.  Z Oceanu Spokojnego zniknęła Australia, a w jej miejscu pojawił nowy kontynent. Podobnie na Pacyfiku, choć tam nie miało co znikać.

No to zaczynamy!

Wena wróciła i pomysły również, więc zamieszczam pierwszy fragment mojej tfurczości :) Ślicznie proszę o komentarze, opinie, krytyki, pomysły itp. :)


Nie od dziś wiadomo, że Ironia Losu ma babską naturę. Uwielbiając wszelkiego rodzaju złośliwości oraz będąc zmienną i przewrotną, postanowiła tym razem się wysilić. W związku z czym się spięła, zaparła i dopięła swego.  Planowany na rok 2012 koniec świata, jakby dla odmiany od wszelkich przeszłych końców, które z przyczyn technicznych, czy też innych nie nastąpiły, tym razem doszedł do skutku. Szczególnie radośni z tego powodu byli kapłani, wieszcze i inne osobniki rodzaju ludzkiego, które od wieków nawoływali do wszelakich wstrzemięźliwości, z wyłączeniem sypania na tacę. Tyle, że chyba nie o taki dokładnie koniec im chodziło…

Tak, jak przepowiadano pojawiła się kometa, która zrobiła bum w ziemię, a oceany, morza i co tam jeszcze dusza zapragnęła, wyszło z siebie. Tyle, że zaraz wróciło. Kometa okazała się dziwaczną mieszaniną ognia, gazów (chyba ktoś się za bardzo nażarł kapusty z grochem…), nieznanych substancji astralnych i, jak się później okazało, magii. Pewnie było jeszcze więcej składników, ale Ironia Losu znów się postarała i tak nakierowała spadającą gwiazdę, iż ta zamiast uderzyć w ląd, pierdyknęła w ocean. W efekcie, nie było żadnych wstrząsów sejsmicznych (jedynie jedno maciupkie tsunami, które zeżarło kawałek Afryki), wulkany nie wybuchły… jedynie wody, w które uderzyła rozpędzona masa, powstały w proteście, po czym opadły z powrotem na swoje miejsce. Połowa świata zamilkła w jawnym oburzeniu. No jakże to tak?! Naobiecywano im spadających kul ognia, wybuchy wulkanów, tsunami, trzęsienia ziemi, powodzie, susze, prażące słońce i jednocześnie nieprzeniknione ciemności, a tu takie coś?? Co odważniejsi zaczęli składać zażalenia do swoich bogów, ale najwyraźniej zanosili je w dniu, w którym dany Bóg robił sobie należną mu przerwę od upierdliwych poddanych. 

Problem natomiast powstał w zupełnie innej materii… Ironia losu, najwyraźniej zmęczona po ostatnich wyczynach, wysiliła się po raz ostatni przed zrobieniem sobie odpoczynku, i za miejsce upadku komety wybrała granice obszaru należnego poszczególnym kontynentom, przez co natychmiast wybuchły spory, kto może zbadać dane dziwo. Pierwsze, tradycyjnie, ruszyły się Stany Zjednoczone, twierdząc, że spadła na ich granicy, więc czują się w obowiązku upewnić czy obywatelom ich kraju nic nie grozi. Na to włączyła się Unia Europejska, pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii, twierdząc, że bzdura, bo oni mają większą linię brzegową i więcej mieszkańców do obrony. A poza tym, Stany i tak wszędzie wtykają nos, więc teraz niech ustąpią przed prawem starszeństwa i wielkości. W międzyczasie, korzystając z kłótni między mocarstwami, Japonia, Rosja i Chiny zaczęły przygotowywać własne ekspedycje, powołując się na zaawansowaną wiedzę i technikę. Jakby tego było mało, islamiści doszukali się w tym swoistym koktajlu Mołotova z kosmosu, znaku od Allacha, więc Niewiernym ręce precz, bo im wypowiedzą Dżihad! I tak doszło by do Trzeciej Wojny Światowej, gdyby nie kolejne wydarzenia…

A dla ilustracji, grafika znaleziona przez Falco na deviantArcie: